wtorek, 28 grudnia 2010

Świętowanie, tradycja i takie tam...



Nie doceniamy naszych tradycji do czasu, kiedy okazuje się, że nam ich brak albo kiedy musimy o nie trochę zawalczyć, by nie utracić własnej tożsamości.

Jakież było moje zdziwienie pomieszane ze zgorszeniem kiedy po raz pierwszy, w kraju zwanym kiedyś kolebką katolicyzmu, najważniejsze święto dla chrześcijan, dzień Zmartwychwstania Pańskiego w największej katedrze w dużym mieście celebrowałam wraz z kikoma staruszkami. Mowa tu o Włoszech. Pamiętna obchodów z Polski przyszłam wcześniej by móc dostać sie bliżej ołtarza (sic !).
Teraz spędzam Boże Narodzenie we Francji.
Wigilia : przywieziony karp, trochę kapusty i fasolki oraz ciasteczka świąteczne w walizce, i opłatek. Zapomniałam Pisma św, bo rzekomo katolickie korzenie. Zabrakło. Boże Narodzenie wypada akurat w sobotę – trudno, na mszę mozna będzie udać się dopiero w niedzielę, w dodatku z gps-em. Bo to z gazety dowiem się, gdzie tym razem pojadę spośród 8 kościołów               1 katedry i 1 bazyliki w czterdziestostotysięcznym mieście. Kościół jak zwykle ładny, z 1765 roku z przebogatą historią, piękne sklepienia i witraże -zabytkowy- jak każdy, bo innych nie ma. Zimno pusto  i smutno. Gdzie to ciepło bijące od wystroju pełnego płonących świec i girlandów, gdzie ta ciepła ciasnota i wszechbrzmiący dźwięk kolęd wręcz wykrzykiwanych z radości, na brzmienie których nie jedno kruszy się serce, przynajmniej ten raz w roku ?! Jesteśmy najmłodszymi uczestnikami Eucharystii, budząc lekkie zdziwienie  garstki pozostałych.
Wracam do domu, gdzie oburzenie, bo śnieg, bo ślisko, cóż to za moje fanaberie ?! Tu chodzi o bezpieczeństwo, a ja się upieram « do kościoła i do kościoła ». Ale jutro juz nie będzie niebezpiecznie, żeby jechać na poświąteczne wyprzedaże. Teraz siedzę na Youtube i śpiewam kolędy ze wszystkimi : chórami, dziećmi, góralami nawet z Dodą, bo świątecznie, bo radośnie ma przecież być. Wchodzę w butach  umorusanych tradycją do nieswojego domu. Prezenty od serca przyjęte bez serca, wykrajane i lukrowane nocami gwiazdki nudzą sie  w koszyczku, nawet aniołki, dziergane latem, poszarzały i tylko tv huczy rzekomo świątecznie.
A w Nepalu, gdzie katolików jak na lekarstwo, wierni przemierzają kilkanaście kilometrów górskimi ścieżkami, by choć raz w miesiącu uczestniczyć we mszy św., a na Komorach, wyspie iście mułzumańskiej, gdzie pod groźbą kary i więzienia elity intelektualne przyjeżdżają z najodleglejszych zakątków wyspy ? A w Tanzanii, gdzie trzeba zebrać wszystkich z wioski, by wspólnym transportem w niewygodzie dotrzeć do kościółka z trzciny ?
A nam nie chce się nawet 15 minut przejść pieszo, by znaleźc się w ciepłym i przytulnym kościele,bojąc się chyba przesiąknięcia słowem bożym. Narzekamy, bo księża za bardzo odstają od naszych współczesnych wzorców, jakby to miało coś wspólnego z samym Panem Bogiem.
Nieustępliwość i wierność obyczajom to nasza tradycja, nasza polska, bo nigdzie już takiej nie znajdziemy. Czasem przesadzona, nietoleracyjna  i hipokrytyczna, ale nasza.
Dlaczego jestem sensacją we włoskim miasteczku, kiedy mówię, że w piątek nie jem mięsa, ku zdziwieniu samego proboszcza? A kiedy w Polsce zjadam, ze zwykłego zapomnienia,  szynkę w piątek wyzywa się mnie od antychrystów.
 Kiedy nastąpi moment, w którym władza kościelna ustąpi i ugnie się pod naciskiem wiernych, żeby ich tylko nie stracić, jak to ma miejsce na Zachodzie, Kościół zamieni się w pojęcie abstrakcji. Mam  wrażenie, że tutejszy kler już dawno zdał sobie z tego sprawę i teraz w ich oczach widać jedną wielką rezygnację i żałosną próbę ratowania tego, co dawno przy życiu nie jest. Nie pozwólmy, by do tego doszło u nas. W tradycji siła, to nasza tożsamość, to nasze korzenie. Nie ucinajmy gałęzi na której siedzimy, jak to mówiła Oriana Fallaci w orędziu do Europejczyków. 

1 komentarz:

  1. Kolędowanie z Dodą idealnie oddaje klimat. Trzeba zamknąć kościoły, zakazać chodzenia na nabożeństwa, wtedy może się poprawi. Jesteśmy drastycznie skonstruowani.

    OdpowiedzUsuń